Kawa, kołdra i zaginiona łyżeczka. Zwykły poranek w naszym vanie

Poranek w vanie to nie zawsze kawa z pięknym widokiem. Częściej parująca szyba, zwijanie pościeli, szukanie drobiazgów i spokojne przygotowania do dalszej drogi.

Obudziliśmy się od deszczu uderzającego w dach. Nie była to romantyczna mżawka, tylko zwykłe, jednostajne kapanie, które skutecznie przekonało nas, że śniadanie zjemy w środku. Na przedniej szybie zebrała się para, buty stojące przy drzwiach były jeszcze wilgotne po wieczornym spacerze, a jeden rękaw bluzy wystawał spod kołdry.

Najpierw miała być kawa.

Tylko że łyżeczka, której zwykle używamy do kawy, zniknęła. Sprawdziliśmy szufladę, blat, zlew i półkę nad kuchenką. W końcu znalazła się w pustym kubku schowanym wieczorem do szafki. Zupełnie logiczne miejsce, tylko żadne z nas nie pamiętało, żeby ją tam wkładać.

Tak mniej więcej zaczynają się nasze zwykłe poranki w vanie. Bez szeroko otwartych tylnych drzwi, drewnianej deski pełnej owoców i słońca wpadającego prosto na poduszki. Czasem taki widok też się zdarza, ale znacznie częściej najpierw trzeba znaleźć skarpetki i zrobić trochę miejsca, żeby w ogóle postawić czajnik.

Zanim zacznie się dzień, trzeba ogarnąć noc

W naszym samodzielnie zbudowanym kamperze na bazie Renault Mastera wszystko ma mniej więcej swoje miejsce. To „mniej więcej” jest tutaj ważne. Wieczorem wystarczy odłożyć ładowarkę na blat zamiast do schowka, położyć kurtki na siedzeniu i zostawić dwa kubki przy zlewie, żeby rano wnętrze wyglądało na znacznie mniejsze, niż jest w rzeczywistości.

Nie rzucamy się jednak od razu do sprzątania. Jedno z nas nastawia wodę, drugie uchyla okno albo włącza wentylację, bo po nocy szyby potrafią porządnie zaparować. Potem siadamy jeszcze na chwilę pod kołdrą i pijemy kawę. Kubki trzymamy w dłoniach, szczególnie jeśli van stoi choć trochę nierówno. Jeden przesuwający się kubek wystarczył nam, żeby przestać ufać pozornie płaskim blatom.

Dopiero później przychodzi czas na składanie pościeli. Poduszki trafiają na swoje miejsce, kołdra jest zwijana, czasem bardzo porządnie, a czasem tak, żeby po prostu zmieściła się tam, gdzie powinna. W małej przestrzeni pościel pozostawiona na wierzchu szybko zaczyna żyć własnym życiem. Siada się na niej, odkłada torbę, potem trzeba spod tej torby wyciągnąć bluzę i nagle znowu wszystko jest rozłożone.

Podobny rytuał mieliśmy już przy Niewiadówce. Tam również poranek zaczynał się od zamiany miejsca do spania w miejsce do normalnego funkcjonowania. W Masterze mamy więcej przestrzeni i łatwiej zostawić łóżko w spokoju, ale nasze rzeczy nadal potrafią skutecznie zająć każdy wolny kawałek blatu.

Śniadanie bez pocztówkowego widoku

Jeśli nigdzie się nie spieszymy, robimy proste śniadanie. Pieczywo, coś do posmarowania, czasem jajka. Nie rozkładamy połowy kuchni, bo później tę połowę trzeba umyć i schować. Zdarza nam się też zjeść tylko coś małego, a normalne śniadanie przygotować po przejechaniu kawałka drogi.

Tamtego deszczowego poranka mieliśmy bułki kupione dzień wcześniej. Jedna była już trochę zgnieciona, bo jechała wciśnięta obok opakowania makaronu. Smakowała normalnie.

Przez boczne okno widzieliśmy mokry parking i krzaki poruszane przez wiatr. Niedaleko stał drugi kamper, bardzo czysty, przynajmniej z naszej perspektywy. Przed naszymi drzwiami zrobiła się za to niewielka plama błota. Za każdym razem, gdy któreś z nas wychodziło, trochę tego błota wracało do środka na podeszwach. Wycieraczka miała sporo pracy.

Po śniadaniu zawsze zostaje kilka drobiazgów. Okruszki na blacie, mokra ściereczka, otwarte opakowanie kawy. W domu można zostawić kubek w zlewie i wrócić do niego później. W jadącym vanie ten kubek prędzej czy później przypomni o sobie na zakręcie, dlatego przed drogą zmywamy, wycieramy blat i chowamy luźne rzeczy.

To krótkie „gdzie to jest?”

Chyba nie mieliśmy jeszcze wyjazdu bez porannego szukania czegoś. Raz są to klucze, innym razem okulary przeciwsłoneczne, przewód do telefonu albo ręcznik. Najciekawsze są rzeczy, które leżą dokładnie tam, gdzie powinny, tylko patrzymy na nie kilka razy i ich nie widzimy.

Pomaga nam odkładanie najczęściej używanych drobiazgów w stałe miejsca, ale nie będziemy udawać, że zawsze się tego trzymamy. Wieczorem po dłuższej trasie ważniejsze bywa szybkie zrobienie kolacji i położenie się spać. Porządek zostaje wtedy dla naszych porannych wersji, które nie zawsze są z tego zadowolone.

Przed ruszeniem robimy jeszcze szybki obchód wnętrza. Sprawdzamy szafki, zamykamy okna, chowamy czajnik i upewniamy się, że nic nie stoi przy krawędzi. To nie jest żadna rozbudowana procedura. Po prostu patrzymy, co może spaść, otworzyć się albo zacząć stukać po pierwszych kilkuset metrach.

Najczęściej i tak odzywa się coś, czego nie przewidzieliśmy. Pokrywka, butelka wody albo klamra od plecaka. Zatrzymujemy się wtedy, poprawiamy i jedziemy dalej.

Poranek kończy się po ruszeniu

Za prawdziwy koniec poranka uznajemy moment, w którym łóżko jest ogarnięte, kubki schowane, a przednia szyba wreszcie przejrzysta. Jedno z nas ustawia nawigację, drugie sprawdza, czy obrany kierunek nadal ma sens. Pogoda czasem zmienia nasze plany szybciej niż mapa.

Tamtego dnia nie czekaliśmy, aż deszcz przestanie padać. Wrzuciliśmy mokre buty do plastikowej kuwety przy drzwiach, schowaliśmy odnalezioną łyżeczkę i ruszyliśmy. Po kilku minutach przypomnieliśmy sobie, że ścierka została przewieszona przez uchwyt szafki. Nie przeszkadzała w jeździe, więc została tam aż do następnego postoju.

Zwykły poranek w naszym vanie nie jest szczególnie efektowny. Pachnie kawą, czasem wilgotnymi kurtkami, a przez kilka minut wszędzie leży coś, co trzeba schować. Lubimy jednak ten powolny moment pomiędzy noclegiem a drogą. Van przestaje być sypialnią, znowu staje się naszym małym domem na kołach, a potem po prostu jedziemy dalej.

Życie na Kołach

Kamila i Łukasz

Podróżujemy kamperem zbudowanym na bazie Renault Mastera. Piszemy o zwykłym życiu w vanie, organizacji małej przestrzeni i rzeczach, które naprawdę sprawdzają nam się w drodze.

Poznaj naszą historię →