Pewnego wieczoru zatrzymaliśmy się na leśnym parkingu, na którym przez cały dzień padało. Przed drzwiami kampera było błoto, szyby szybko zaparowały, a my mieliśmy ochotę na coś ciepłego i prostego. Stanęło na makaronie z sosem pomidorowym.
Woda już się gotowała, sos pyrkał na drugiej części kuchenki, a składany durszlak leżał oczywiście na samym dnie szuflady. Żeby go wyjąć, musieliśmy przełożyć deskę, pokrywkę i pudełko z herbatą, które w ogóle nie powinno się tam znaleźć. Typowa kamperowa organizacja pod koniec dnia.
Makaron ostatecznie trafił na talerze, a przy okazji znów zauważyliśmy, że w naszej kuchni najczęściej pomagają nie duże sprzęty, tylko kilka małych drobiazgów. Część jeździła już z nami w Niewiadówce. Inne dobraliśmy podczas budowy kampera na bazie Renault Mastera, kiedy trochę lepiej wiedzieliśmy, jak naprawdę gotujemy w podróży.
Akcesoria, po które sięgamy najczęściej
Mała silikonowa łopatka jest u nas używana prawie codziennie. Mieszamy nią jajecznicę, sos, owsiankę i wybieramy resztki jedzenia z garnka. To ostatnie ma w kamperze znaczenie, bo im mniej zostanie na naczyniu, tym łatwiej je później umyć przy rozsądnym zużyciu wody.
Najlepiej sprawdza nam się łopatka dość sztywna. Mieliśmy też bardzo miękką, która wyginała się pod ciężarem jedzenia i bardziej przesuwała sos po patelni, niż go zbierała. Nadal mogła się przydać, ale zaczęła nas irytować. Wymieniliśmy ją na prostszą i od tego czasu nie kombinujemy.
Składany durszlak zajmuje niewiele miejsca i przydaje się nie tylko do makaronu. Płuczemy w nim warzywa, odcedzamy ziemniaki, czasem odkładamy umyte owoce. Po złożeniu mieści się między deskami a pokrywkami, chociaż właśnie przez to lubi zniknąć pod innymi rzeczami.
Ma też drobną wadę. W załamaniach zostaje woda, więc nie składamy go od razu po myciu. Zwykle stoi chwilę w zlewie albo na blacie, co przy małej kuchni oznacza, że przeszkadza dokładnie tam, gdzie za moment chcemy postawić kubki.
Niewielka tarka trafiła do kampera głównie z myślą o serze. Używamy jej też do czosnku, marchewki i skórki z cytryny. Przy małej porcji jest wygodniejsza niż duża tarka z domowej kuchni, a po użyciu można ją szybko opłukać.
Do większego gotowania już byśmy jej nie polecali. Starcie kilku marchewek na małej tarce trwa, ręka zaczyna się męczyć, a drobinki warzyw pojawiają się w zaskakujących miejscach. Na wyjazdach gotujemy jednak zwykle dla nas dwojga, więc nadal ją zabieramy.
Nożyczki, klipsy i inne niepozorne drobiazgi
Kuchenne nożyczki często wygrywają u nas z nożem. Otwieramy nimi opakowania, tniemy zioła, porcjujemy tortillę i skracamy papier do pieczenia. Trzymamy je zawsze w tej samej szufladzie, bo szukanie ostrych nożyczek między kablami, latarką i zapasowymi bateriami nie jest naszym ulubionym zajęciem.
Staramy się też nie używać ich do wszystkiego. Nożyczki, które przed chwilą przecinały brudne opakowanie, nie powinny za moment wylądować w szczypiorku. Niby oczywiste, ale podczas szybkiego robienia kolacji łatwo działać automatycznie. Trzeba również dokładnie umyć okolice łączenia ostrzy, bo właśnie tam lubią zostać resztki.
Klipsy do zamykania opakowań są chyba najmniej efektownym elementem całej kuchni. A jednak ciągle ich używamy. Zamykamy nimi kawę, kaszę, płatki, przyprawy i otwarte przekąski. Dzięki temu zawartość nie wysypuje się w szufladzie podczas jazdy.
Kiedyś zabraliśmy kilka różnych klipsów, w tym duże i dość masywne. Zajmowały więcej miejsca niż opakowania, które miały zamykać. Zostały nam małe, proste sztuki. Trzeba tylko uważać, żeby nie znikały pojedynczo. Jeden przez sporą część wyjazdu leżał pod materacem i znaleźliśmy go dopiero przy sprzątaniu.
W szufladzie mamy również małą obieraczkę. W domu można uznać ją za zupełnie zwyczajną, ale w kamperze doceniamy ją szczególnie wtedy, gdy blat jest częściowo zajęty. Obieranie ziemniaków niewielkim nożem też jest możliwe, tylko trwa dłużej i zostawia grubsze obierki. Dobra obieraczka nie potrzebuje własnego pudełka ani specjalnego miejsca. Leży obok sztućców i robi swoje.
Co nie zostało z nami na dłużej
Nie każdy mały gadżet okazuje się przydatny. Przez pewien czas woził się z nami niewielki trzepaczek do jajek. W teorii zajmował mało miejsca. W praktyce plątał się między łyżkami, trudno było go dokładnie domyć, a jajka i ciasto na naleśniki równie dobrze mieszaliśmy widelcem.
Podobnie skończyły różne wielofunkcyjne otwieracze. Jeśli rzecz ma kilka zastosowań, ale przy każdym jest mniej wygodna od prostego narzędzia, szybko przestajemy po nią sięgać. Jeden taki otwieracz przez kilka wyjazdów przejechał w szufladzie nietknięty. W końcu wrócił do domu.
Przy dobieraniu kuchennych drobiazgów patrzymy więc głównie na to, czy rzeczywiście używamy ich podczas zwykłego śniadania albo szybkiej kolacji. Nie muszą być specjalnie kamperowe, składane ani wielofunkcyjne. Mają się łatwo myć, nie przeszkadzać w szufladzie i oszczędzać nam trochę pracy.
U nas zostały łopatka, durszlak, mała tarka, nożyczki, klipsy i obieraczka. To nie jest zamknięta lista dla każdej kamperowej kuchni. Po prostu te rzeczy regularnie trafiają do zlewu, a to chyba najlepszy znak, że faktycznie były potrzebne.