Zaczęło się niewinnie, jeszcze przy Niewiadówce. Oglądaliśmy zdjęcia małych, świetnie zorganizowanych wnętrz i co chwilę trafialiśmy na coś, co miało oszczędzać miejsce, ułatwiać gotowanie albo porządkować wszystkie drobiazgi.
Potem zbudowaliśmy naszego kampera na bazie Renault Mastera i przez chwilę wydawało nam się, że skoro wnętrze zrobiliśmy sami, to dokładnie wiemy, czego będziemy używać. Oczywiście nie wiedzieliśmy.
Część zakupów była naprawdę udana i jeździ z nami do dziś. Inne rzeczy wyglądały dobrze na filmach, pasowały do czyjegoś sposobu podróżowania, ale u nas po kilku wyjazdach zaczęły tylko zajmować miejsce.
Pierwszy sygnał przyszedł przy śniadaniu
Pamiętamy deszczowy poranek na leśnym postoju. W vanie pachniało kawą, na zewnątrz było błoto, a my próbowaliśmy ogarnąć naczynia po śniadaniu. Wyjęliśmy składany ociekacz, rozłożyliśmy go na blacie i po chwili okazało się, że zajmuje niemal całą wolną przestrzeń.
Sam ociekacz działał. Naczynia stały, woda ściekała, wszystko zgodnie z planem. Tylko że obok trzeba było jeszcze postawić kubki, schować pieczywo i znaleźć miejsce na mokrą ściereczkę, która oczywiście leżała tam, gdzie nie powinna.
Po wysuszeniu naczyń zostawał nam mokry ociekacz. Trzeba było go przetrzeć, złożyć i gdzieś wsunąć. W domu nie byłby to żaden problem, ale w kamperze każda dodatkowa czynność zaczyna być odczuwalna, zwłaszcza kiedy za godzinę chcemy ruszać dalej.
Po kilku wyjazdach wróciliśmy do prostego rozwiązania. Naczynia odkładamy na rozłożoną ściereczkę, a po wszystkim ściereczka schnie. Ociekacz trafił do domu i tam sprawdzał się znacznie lepiej.
Rzeczy sprytne, tylko nie dla nas
Organizer mocowany na przyssawki
Na filmach wyglądał bardzo przekonująco. Bez wiercenia, bez klejenia, dodatkowa kieszeń na drobiazgi pojawia się właściwie od razu. Kupiliśmy go z myślą o rzeczach, które ciągle wędrują po vanie, czyli okularach, kablach, kremie z filtrem i różnych małych przedmiotach bez stałego miejsca.
Na postoju organizer był wygodny. Podczas jazdy już trochę mniej. Zmiany temperatury, drgania i ciągłe zdejmowanie zawartości sprawiały, że przyssawki co jakiś czas puszczały. Nic wielkiego się nie działo, po prostu znajdowaliśmy organizer na podłodze razem z całą jego zawartością.
Próbowaliśmy przyczepiać go w innych miejscach, ale wszędzie coś przesłaniał albo przeszkadzał przy otwieraniu szafki. W końcu drobiazgi dostały zwykłe pudełko w szufladzie. Mniej efektowne, za to nie spada.
Wiszący organizer na fotel
To był zakup z kategorii: każdy ma, więc pewnie my też powinniśmy. Dużo kieszeni, wszystko pod ręką, wykorzystana przestrzeń z tyłu fotela. Brzmiało sensownie.
Problem polegał na tym, że szybko zapełniliśmy wszystkie kieszenie. Im więcej ich było, tym więcej znajdowaliśmy rzeczy, które koniecznie musiały się tam znaleźć. Organizer zrobił się wypchany, utrudniał przechodzenie między kabiną a częścią mieszkalną i wyglądał na wiecznie przeładowany.
Najbardziej irytowało nas szukanie. Wiedzieliśmy, że latarka jest w którejś kieszeni, ale nie pamiętaliśmy w której. Zaglądaliśmy do kilku, wyciągaliśmy przewód, chusteczki i notes, a latarka leżała w szafce, bo ktoś wcześniej ją odłożył inaczej.
Sam organizer był porządny i pewnie sprawdziłby się przy dzieciach albo w aucie bez zabudowy. U nas lepiej działa kilka stałych miejsc niż kilkanaście małych kieszonek.
Przenośny blender
Internet przekonał nas również, że w podróży będziemy regularnie robić koktajle. Widzieliśmy poranki z widokiem na góry, świeże owoce i gotowy napój zabierany na spacer. Bardzo przyjemny obrazek.
Blendera użyliśmy kilka razy. Koktajle były dobre, ale później trzeba było dokładnie umyć kielich i okolice ostrzy, zużyć trochę wody, wysuszyć całość i znaleźć miejsce na przechowywanie. Przy krótkim postoju łatwiej było nam zjeść banana i jabłko bez przerabiania ich na napój.
Nie przestaliśmy lubić koktajli. Po prostu nie pijemy ich na tyle często, żeby wozić osobne urządzenie. Blender został w domu, gdzie dostęp do wody i duży zlew zupełnie zmieniają sytuację.
Mały stolik do pracy na łóżku
Ten zakup pasował do wyobrażenia o pracy w vanie. Laptop na stoliku, kubek obok, otwarte drzwi i spokojny widok. W praktyce stolik stał na materacu trochę mniej stabilnie, niż chcieliśmy, a w czasie jazdy trzeba było go dobrze schować.
Najczęściej i tak siadaliśmy przy naszym zwykłym blacie. Był gotowy, stabilny i nie wymagał wyciągania kolejnej rzeczy z bagażnika. Mały stolik pojechał z nami na kilka wyjazdów, a potem został w mieszkaniu. Tam czasem nadal się przydaje.
Internet nie zna układu naszych szafek
Żaden z tych produktów nie był zły. To dla nas ważne, bo łatwo wyśmiać akcesorium po jednym nieudanym wyjeździe. Ktoś podróżuje inaczej, ma większy blat, częściej stoi kilka dni w jednym miejscu albo po prostu lubi bardziej rozbudowaną organizację.
My odkryliśmy, że najlepiej służą nam rzeczy proste, łatwe do umycia i takie, które nie wymagają przygotowania przed użyciem. Jeśli akcesorium trzeba za każdym razem rozłożyć, złożyć, wysuszyć i specjalnie zabezpieczyć do jazdy, szybko zaczynamy omijać je wzrokiem.
Przed kolejnym zakupem próbujemy więc sprawdzić, czy rozwiązujemy prawdziwy problem, czy tylko problem pokazany na filmie. Czasem odkładamy decyzję do następnego wyjazdu. Jeśli po powrocie nadal brakuje nam danej rzeczy, wtedy wracamy do tematu.
A czasem wystarcza pudełko, ściereczka albo wolny kawałek blatu. Mało internetowe, ale u nas działa.