Obudziliśmy się od deszczu stukającego w dach kampera. Nie była to żadna ulewa, raczej jednostajne kapanie, które skutecznie zachęcało do pozostania pod kołdrą. Mokre buty stały pod drzwiami, przednia szyba lekko zaparowała, a na blacie czekały dwa kubki po wieczornej herbacie.
Plan był prosty. Śniadanie, szybkie ogarnięcie kampera i wyjazd. Chcieliśmy przejechać kawałek dalej, zrobić zakupy, a później znaleźć postój bliżej szlaku, który zaznaczyliśmy sobie na mapie.
Tylko że po zaparzeniu kawy usiedliśmy i żadne z nas nie miało ochoty przekręcać kluczyka.
Po prostu nie.
Plan wyglądał dobrze tylko na mapie
Przez chwilę próbowaliśmy się jeszcze przekonać, że przecież dobrze będzie ruszyć wcześniej. Droga nie była długa, ale prognoza na popołudnie zapowiadała więcej deszczu. Zakupy same się nie zrobią. Skoro już ustaliliśmy trasę, to wypadałoby się jej trzymać.
W tym samym czasie kawa pachniała coraz lepiej, krople przesuwały się po bocznej szybie, a za oknem nie działo się kompletnie nic. Postój był spokojny, równy i otoczony drzewami. Mieliśmy wodę, jedzenie oraz wystarczająco dużo prądu. Nikt nas nie poganiał.
Jeden z kubków stał trochę za blisko krawędzi blatu i co chwilę przesuwaliśmy go w bezpieczniejsze miejsce, chociaż kamper przecież się nie ruszał. Z kolei ręcznik, który wieczorem powiesiliśmy do wyschnięcia, nadal był wilgotny. Przez pół poranka przekładaliśmy go z jednego haczyka na drugi, jakby trzeci haczyk miał nagle rozwiązać problem.
Po drugiej kawie spojrzeliśmy jeszcze raz na mapę. Potem zamknęliśmy mapę.
Zostajemy, czyli też podejmujemy decyzję
Na początku podróżowania mieliśmy czasem poczucie, że dzień bez przejechanych kilometrów jest dniem trochę zmarnowanym. Skoro jesteśmy w trasie, to powinniśmy jechać, zwiedzać, szukać kolejnego miejsca. Taki sposób myślenia pojawiał się już podczas wyjazdów Niewiadówką. Każdy postój wydawał się częścią większego planu, a plan dobrze było wykonać.
Budując naszego kampera na bazie Renault Mastera, chcieliśmy stworzyć sobie miejsce do podróżowania, ale też do zwykłego życia. Dopiero później zaczęło do nas docierać, że jedno nie zawsze oznacza ciągłe przemieszczanie się.
Tego deszczowego ranka powiedzieliśmy więc głośno: zostajemy.
Nie wydarzyło się nic szczególnego. Nie otworzyło się nagle niebo, nie wyszło słońce, nie odkryliśmy też wyjątkowego miejsca ukrytego tuż za drzewami. Zjedliśmy późne śniadanie. Posprzątaliśmy szufladę, w której od kilku dni mieszały się ładowarki, zapasowe baterie i paragony. Włączyliśmy muzykę trochę ciszej niż zwykle i czytaliśmy.
Po południu deszcz prawie ustał, więc poszliśmy na krótki spacer. Wróciliśmy z błotem przyklejonym do podeszew i od razu pobrudziliśmy kawałek podłogi przy wejściu. Wycieranie tego błota zajęło dłużej niż sam spacer, przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.
Nie każda zmiana planu jest porażką
W kamperze plany potrafią zmieniać się z bardzo zwyczajnych powodów. Czasem pada. Czasem miejsce okazuje się przyjemniejsze, niż sugerowało zdjęcie w aplikacji. Innym razem źle śpimy albo zwyczajnie mamy dość pakowania wszystkiego do jazdy.
Nauczyliśmy się sprawdzać jedną rzecz. Czy naprawdę musimy ruszyć, czy tylko wydaje nam się, że powinniśmy?
Jeżeli kończy się woda, postój nie pozwala zostać dłużej albo mamy coś ustalonego na konkretną godzinę, odpowiedź jest jasna. Ale jeśli jedynym argumentem jest kreska narysowana wcześniej na mapie, dajemy sobie chwilę. Trasa może poczekać.
Nie zawsze zostajemy. Bywają poranki, kiedy nie chce nam się składać łóżka, chować kubków i zabezpieczać rzeczy na blacie, ale po kilkunastu minutach jazdy cieszymy się, że jednak ruszyliśmy. Zdarza się też odwrotnie. Jedziemy bardziej z rozpędu niż z potrzeby, a później wspominamy spokojny postój, który opuściliśmy bez żadnego konkretnego powodu.
Nie mamy na to zasady. Zwykle robimy kolejną kawę i rozmawiamy.
Droga poczekała do następnego ranka
Wieczorem ugotowaliśmy prosty makaron, tym razem bez pośpiechu po późnym dojeździe. Nie musieliśmy szukać miejsca po ciemku ani sprawdzać poziomu kampera kilka razy. Wiedzieliśmy już, gdzie rano pada światło i w którym miejscu podłoże jest najbardziej błotniste.
Następnego dnia obudziliśmy się wcześniej. Deszcz przestał padać, szyba szybko odparowała, a nam wróciła ochota na drogę. Schowaliśmy kubki, poprawiliśmy rzeczy w szufladach i ruszyliśmy bez marudzenia.
Zakupy zrobiliśmy kilka godzin później. Szlak nadal tam był.
Takie dni przypominają nam, że kamper nie jest tylko środkiem do zaliczania kolejnych punktów. Jest też naszym małym pokojem na kołach, w którym czasem możemy spędzić cały dzień i niczego nie nadrabiać. Jeśli rano nie chce nam się ruszać, sprawdzamy, czy naprawdę musimy. A kiedy nie musimy, czasem po prostu zostajemy.