Mieliśmy zostać na jedną noc. Wyjechaliśmy po trzech dniach

Zatrzymaliśmy się przy niewielkim zalewie tylko po to, żeby odpocząć przed dalszą drogą. Rano schowaliśmy kluczyki i bez wielkich ustaleń zostaliśmy tam jeszcze dwa dni.

Kubek przesunął się po blacie dokładnie w chwili, gdy wjechaliśmy prawym kołem w ostatnią dziurę przed parkingiem. Było już szaro, lekko padało, a my od kilkunastu minut powtarzaliśmy, że bierzemy pierwsze spokojne miejsce i kończymy jazdę.

Plan był prosty. Kolacja, sen, rano kawa i dalej w stronę miejsca, które od początku miało być właściwym celem wyjazdu. Niewielki zalew na obrzeżach miasteczka znaleźliśmy przypadkiem, przesuwając mapę palcem. Nie wiedzieliśmy o nim nic poza tym, że prowadziła tam zwykła droga i na zdjęciu satelitarnym było widać kawałek parkingu.

Na miejscu stały dwa samochody, ale po chwili odjechały. Zostały mokre drzewa, kilka latarni przy ścieżce i nasz kamper zaparkowany przodem do wody. Widok był raczej ciemną plamą niż widokiem, bo wieczór zdążył już wszystko przykryć.

Zrobiliśmy późną kolację z tego, co było pod ręką. Makaron, resztka warzyw, trochę sera. Mokre buty zostały pod drzwiami, szyba zaparowała, a kurtki przez pół wieczoru przeszkadzały nam w przejściu. Normalny nocleg po drodze.

Rano plan przestał być pilny

Obudziła nas cisza. Nie taka zupełna, bo po dachu co jakiś czas stukały krople spadające z gałęzi, ale nie było samochodów, rozmów ani trzaskania drzwiami. Odsunęliśmy zasłonę i dopiero wtedy zobaczyliśmy, gdzie właściwie stanęliśmy.

Woda była gładka, nad drugim brzegiem wisiała jeszcze mgła, a ścieżką przechodziło kilka osób z psami. Nic widowiskowego. Żadnego pocztówkowego klifu ani panoramy, dla której trzeba wyciągać aparat przed śniadaniem. Po prostu spokojny kawałek wody i drzewa po nocnym deszczu.

Zaparzyliśmy kawę. Potem drugą.

Do dalszego celu mieliśmy jeszcze kilka godzin jazdy, więc teoretycznie należało się zbierać. Tylko że nie bardzo nam się chciało. Prognoza pokazywała poprawę pogody, zbiornik wyglądał na miejsce dobre na spacer, a w kamperze nie brakowało nam ani wody, ani jedzenia. Nigdzie nie musieliśmy być o konkretnej porze.

Powiedzieliśmy więc, że ruszymy po obiedzie.

Po obiedzie wyszło słońce.

Drugi dzień wydarzył się trochę sam

Nie podejmowaliśmy żadnej wielkiej decyzji o zmianie planów. Kluczyki leżały na półce, kamper był wypoziomowany, a my poszliśmy obejść zalew. Trasa nie była długa, za to po deszczu zrobiło się sporo błota. Wróciliśmy z mokrymi nogawkami i przyklejonymi do butów liśćmi, które później znalazły się chyba w każdym możliwym miejscu przy wejściu.

Przez dobre dziesięć minut szukaliśmy też ściereczki do podłogi. Leżała tam, gdzie zwykle, tylko przykryliśmy ją torbą z pieczywem. Do dziś nie wiemy, dlaczego chleb wylądował akurat na podłodze.

Reszta dnia była bardzo zwyczajna. Otworzyliśmy boczne drzwi, żeby wpuścić trochę słońca. Usiedliśmy z kubkami na zewnątrz, chociaż po kilkunastu minutach zrobiło nam się chłodno i wróciliśmy do środka. Później ugotowaliśmy zupę, przeczytaliśmy po kilka rozdziałów książek i patrzyliśmy, jak światło przesuwa się po wodzie.

Przy Niewiadówce też zdarzało nam się przedłużać postoje, ale wtedy samo zostanie na miejscu wymagało czasem trochę więcej układania całego obozowiska. W naszym Masterze łatwiej zrobić coś bez planu. Zamykamy drzwi albo je otwieramy, wyciągamy krzesła albo nie. Nie trzeba wokół tego budować całego dnia.

Wieczorem uznaliśmy, że skoro już straciliśmy, a właściwie zyskaliśmy, jeden dzień, to kolejny niewiele zmieni. To była cała narada.

Miejsce bez listy atrakcji

Trzeciego dnia pogoda była najlepsza. Nad wodą pojawili się wędkarze, na ścieżce zrobiło się trochę bardziej gwarno, ale nadal było spokojnie. Przestawiliśmy tylko kamper o kawałek, bo spod drzewa zaczęło kapać dokładnie na dach nad łóżkiem. Po nocnym deszczu drzewo miało najwyraźniej własny harmonogram.

Nie zwiedziliśmy niczego, co można byłoby odhaczyć na mapie. Poszliśmy po świeże bułki, obeszliśmy drugi brzeg i długo siedzieliśmy przy otwartych drzwiach. Zrobiliśmy też porządek w szafce z jedzeniem, bo przy każdym zakręcie coś w niej stukało. Winna była puszka kukurydzy.

Najbardziej zaskoczyło nas to, że wcale nie potrzebowaliśmy od tego miejsca niczego więcej. Nie musiało być wyjątkowe. Trafiliśmy tam zmęczeni, w kiepską pogodę, z myślą o szybkim noclegu, a ono dało nam dokładnie taki rytm, jakiego akurat potrzebowaliśmy.

Do planowanego celu ruszyliśmy dopiero trzeciego popołudnia. Było tam ładnie, ciekawie i zdecydowanie bardziej turystycznie. Zrobiliśmy spacer, znaleźliśmy dobry postój, zobaczyliśmy to, po co jechaliśmy.

A jednak kiedy później wspominaliśmy ten wyjazd, najpierw wracał do nas niewielki zalew. Mgła nad wodą, mokre buty przy drzwiach i kawa wypita bez sprawdzania godziny.

Odjeżdżając, jeszcze raz zatrzymaliśmy się przy wyjeździe, żeby zabezpieczyć kubek na blacie. Tym razem zdążyliśmy przed dziurą.

Życie na Kołach

Kamila i Łukasz

Podróżujemy kamperem zbudowanym na bazie Renault Mastera. Piszemy o zwykłym życiu w vanie, organizacji małej przestrzeni i rzeczach, które naprawdę sprawdzają nam się w drodze.

Poznaj naszą historię →