Wieczorem na postoju zaczęliśmy szukać małej latarki. Powinna być w szufladzie. Nie było jej. Zajrzeliśmy do schowka nad kuchnią, do kieszeni w drzwiach i do pudełka z kablami, choć latarka z kablami nie miała nic wspólnego. W końcu znaleźliśmy ją w organizerze przy łóżku, dokładnie tam, gdzie sami ją wcześniej odłożyliśmy.
To była jedna z tych sytuacji, które dobrze pokazują naszą relację z organizerami. Pomagają, ale tylko wtedy, gdy pamiętamy, do czego służą. W przeciwnym razie powstają kolejne miejsca do szukania.
Pierwsze próby robiliśmy jeszcze w Niewiadówce. Mała przestrzeń szybko zachęca do kupowania kieszeni, pudełek i koszyków, bo na zdjęciach wszystko wygląda po nich bardzo porządnie. Później, podczas budowy kampera na bazie Renault Mastera 2015/2016, mogliśmy już lepiej zaplanować schowki. Mimo to znów pojawił się pomysł, żeby prawie każdą wolną ściankę czymś zagospodarować.
Na szczęście nie zagospodarowaliśmy wszystkich.
Gdzie organizery naprawdę nam pomagają
Najlepiej sprawdziły się u nas proste kieszenie przy łóżku. Trzymamy w nich rzeczy używane wieczorem i rano, czyli telefon, okulary, latarkę oraz czasem książkę. Nie trzeba wstawać, otwierać szafki ani odkładać telefonu na skraj materaca, skąd wcześniej czy później zjechałby na podłogę.
W tym miejscu organizer ma jedną ważną zaletę. Wszystko jest pod ręką, ale nie leży luzem. Nie próbujemy też zmieścić tam połowy wyposażenia kampera. Gdy kieszeń zaczyna się wypychać, robimy przegląd i zwykle znajdujemy rachunek ze stacji, zapasową smycz albo kabel, którego od kilku tygodni nie używaliśmy.
Drugim miejscem jest okolica wejścia. Niewielki pojemnik na klucze, czołówkę i drobiazgi potrzebne przy wychodzeniu oszczędza nam sporo grzebania. To właśnie takie rzeczy mają dziwną zdolność do wędrowania po całym aucie. Klucze potrafiły znaleźć się przy zlewie, na blacie, a raz nawet w torbie z pieczywem.
Na jednym z postojów padało prawie cały dzień. Przed drzwiami zrobiło się błoto, wycieraczka była mokra, a w środku pachniała kawa i wilgotne kurtki. Przez pół godziny przesuwaliśmy też z miejsca na miejsce paczkę chusteczek, bo wszędzie przeszkadzała. Ostatecznie została na fotelu do rana.
Przydatne są również małe pojemniki w kuchennej szufladzie. Nie chodzi nawet o perfekcyjny porządek. Po prostu sztućce, otwieracz i drobne kuchenne akcesoria nie przesuwają się przy każdym zakręcie. Pojemniki mają konkretne zadanie i nie zabierają dostępu do reszty szuflady.
Kiedy porządek zaczyna zajmować za dużo miejsca
Mieliśmy etap wkładania pudełek do niemal każdej szafki. Osobne na kosmetyki, przewody, zapasy kuchenne, narzędzia i rzeczy „różne”. Ta ostatnia kategoria oczywiście rosła najszybciej.
Problem wyszedł podczas pakowania. Sztywne ścianki pojemników zabierały trochę przestrzeni z każdej strony, a ich kształt nie zawsze pasował do wnętrza szafki. Zostawały puste szczeliny, w których nic sensownego nie mieściło się poza pojedynczą rolką worków albo ściereczką. Sam organizer był uporządkowany, tylko cała szafka mieściła mniej niż bez niego.
Nie polubiliśmy też dużych wiszących organizerów z wieloma kieszeniami. Wyglądają praktycznie, dopóki nie zacznie się ich wypełniać. Po kilku dniach w jednej kieszeni lądował krem, w drugiej ładowarka, w kolejnej mapa, której nie używaliśmy, a na dole zbierały się drobiazgi bez stałego miejsca. Całość robiła się ciężka wizualnie i trochę przeszkadzała w niewielkim wnętrzu.
W vanie nawet porządek może wyglądać jak bałagan, jeśli wisi na widoku.
Próbowaliśmy też dzielić większe schowki na wiele małych przegródek. To działało do chwili, gdy chcieliśmy schować coś o innym kształcie. Nagle dobrze zorganizowana przestrzeń nie przyjmowała garnka, większej paczki jedzenia albo zwiniętego koca. Z czasem część przegródek wyjęliśmy i zostawiliśmy schowkom trochę elastyczności.
Nasza prosta zasada na organizery
Organizer zostaje z nami, jeśli potrafimy jednym zdaniem powiedzieć, co ma się w nim znajdować. Kieszeń przy łóżku jest na rzeczy wieczorne. Pojemnik przy drzwiach na klucze i czołówkę. Małe wkłady w szufladzie pilnują kuchennych drobiazgów.
Jeśli odpowiedź brzmi „na różne rzeczy”, zwykle zaczyna się mały magazyn przedmiotów, o których zapominamy.
Patrzymy też, czy bez organizera dana przestrzeń działałaby gorzej. W głębokim schowku miękka torba lub wyjmowany pojemnik pomaga, bo możemy wyjąć całą zawartość naraz. W płytkiej szafce dodatkowe pudełko często tylko zmniejsza dostępne miejsce. Nie upieramy się przy jednym rozwiązaniu w całym kamperze.
Nie kupujemy już kompletu organizerów przed wyjazdem. Najpierw jedziemy i obserwujemy, co naprawdę wędruje po blacie, czego ciągle szukamy oraz gdzie tworzy się bałagan. Czasem odpowiedzią jest kieszeń albo koszyk. Czasem wystarczy przenieść kilka rzeczy do innej szafki.
W naszym kamperze nadal jeżdżą organizery przy łóżku, prosty pojemnik przy wejściu i kilka małych wkładów w kuchni. Reszta została w domu albo dostała inne zastosowanie. Jeden z dawnych vanowych koszyków trzyma teraz środki do czyszczenia i radzi sobie tam całkiem dobrze.
Organizery nie powiększają vana. Mogą jednak ograniczyć codzienne szukanie, o ile nie próbujemy nimi wypełnić każdej wolnej przestrzeni. U nas najlepiej działają te najmniejsze i trochę nudne, za to przypisane do konkretnych rzeczy. Te rozbudowane zwykle miały organizować wszystko, a po kilku wyjazdach same wymagały porządkowania.