Trzeciego wieczoru staliśmy na niewielkim leśnym parkingu i próbowaliśmy ugotować prostą kolację. Na blacie przesuwał się kubek, w garnku grzał się sos, a my szukaliśmy durszlaka. Wiedzieliśmy, że go zabraliśmy. Pamiętaliśmy nawet moment pakowania. Tylko gdzie właściwie go schowaliśmy?
Najpierw otworzyliśmy szafkę nad kuchnią. Wypadła z niej paczka papierowych talerzy, druga deska do krojenia i pudełko z zapasowymi kubkami. Potem zajrzeliśmy pod łóżko, gdzie leżała składana miska, dodatkowy koc, torba z narzędziami i rzeczy, których na postoju nie mieliśmy ochoty nawet wyciągać.
Durszlak znalazł się na samym końcu, wciśnięty za dużą miskę. Makaron zdążył się trochę rozgotować.
To był jeden z pierwszych wyjazdów naszym samodzielnie zbudowanym kamperem na bazie Renault Mastera. Mieliśmy już za sobą podróże Niewiadówką, więc wydawało nam się, że umiemy się pakować. Tyle że większe szafki zrobiły nam mały żart. Skoro było miejsce, to je zapełniliśmy.
Pakowanie na pogodę, nudę i wszystkie możliwe okazje
Przed wyjazdem każda rzecz wydawała się potrzebna. Prognoza pokazywała słońce, ale przecież mogło padać. Wieczory mogły być chłodne. Mogliśmy trafić na plażę, szlak, błoto albo nagłą potrzebę eleganckiego ubrania, choć do dziś nie wiemy, skąd wziął się ten ostatni pomysł.
Zabraliśmy więc za dużo ubrań, kilka par butów, dodatkową pościel, zapas ręczników i tyle kuchennych drobiazgów, jakbyśmy planowali gotować codziennie inny, skomplikowany obiad. Był nawet ręczny mikser. Nie użyliśmy go ani razu.
Do tego dochodziły rzeczy „na czas wolny”. Książki, gry, notesy, dodatkowy aparat, kable do wszystkiego i kilka przedmiotów, które trafiły do kampera tylko dlatego, że leżały obok stosu do pakowania. Wzięliśmy też spory zapas jedzenia, choć po drodze bez problemu mijaliśmy sklepy.
Sam wyjazd z domu opóźnił się, bo ciągle coś dokładaliśmy. Już po zamknięciu drzwi przypomnieliśmy sobie o kolejnej bluzie. Potem o poduszce. Na końcu jeszcze o małej lampce, która podobno miała stworzyć miły klimat. Przez cały wyjazd leżała owinięta w ręcznik, żeby nie stukała podczas jazdy.
Po kilku dniach wszystko zaczęło przeszkadzać
Nie chodziło nawet o samą ilość bagażu. Najbardziej męczyło nas ciągłe przekładanie. Żeby wyjąć krzesła, trzeba było przesunąć torbę. Żeby dostać się do zapasu wody, wyciągaliśmy pudełko z rzeczami kempingowymi. Kurtki wisiały przy drzwiach i zahaczaliśmy o nie za każdym wejściem.
Po deszczu doszły mokre buty. Stały pod drzwiami obok dwóch par suchych, których właściwie nie nosiliśmy. W kamperze zrobiło się ciasno w ten specyficzny sposób, kiedy miejsca teoretycznie jest dużo, ale każda płaska powierzchnia ma już swojego lokatora.
Pamiętamy też jeden poranek, gdy szyby lekko zaparowały, a z otwartych drzwi wpadał zapach mokrego lasu. Kawa była dobra, tylko cukru szukaliśmy przez kilka minut. Leżał w pojemniku opisanym jako „śniadanie”, pod zapasową ściereczką i paczką serwetek. Serwetki miały nadruk w cytryny. Do dziś nie wiemy, po co zabraliśmy całą paczkę.
Mniej więcej w połowie wyjazdu zaczęliśmy zauważać, że korzystamy stale z tych samych rzeczy. Jednego garnka, dwóch kubków, podstawowych ubrań, cienkich kurtek i jednej talii kart. Reszta podróżowała razem z nami, ale nie brała udziału w wyjeździe.
Najwięcej miejsca zajmowały nie rzeczy potrzebne, tylko wszystkie nasze wyobrażenia o tym, co być może będziemy robić.
Nie urządziliśmy pikniku z pełną zastawą. Nie czytaliśmy pięciu książek naraz. Nie potrzebowaliśmy osobnych ubrań na każdy dzień. Wieczorami zwykle jedliśmy coś prostego, chwilę rozmawialiśmy i zasypialiśmy szybciej, niż zakładaliśmy podczas pakowania.
Rozpakowywanie powiedziało nam najwięcej
Po powrocie zrobiliśmy coś, czego wcześniej nie planowaliśmy. Podzieliliśmy bagaż na dwie grupy. W jednej znalazły się rzeczy używane, w drugiej wszystko, czego nawet nie wyjęliśmy z szafek.
Drugi stos był zaskakująco duży.
Nie oznaczało to, że każda nieużyta rzecz była błędem. Apteczka, gaśnica, podstawowe narzędzia czy cieplejsze ubrania mają swoje miejsce, nawet jeśli wracają nietknięte. Bardziej chodziło nam o dublety, przypadkowe dodatki i przedmioty zabrane bez konkretnego powodu. Trzy miski nie dawały nam większej wygody niż jedna. Cztery ręczniki kuchenne także nie zmieniały jakości wyjazdu.
Przy kolejnych pakowaniach zaczęliśmy zadawać sobie proste pytanie: czy naprawdę będziemy z tego korzystać? Nie czy może się przydać, bo przydać może się prawie wszystko. Zwykły młotek też może się przydać, podobnie jak forma do ciasta i kalosze sięgające kolan. Kamper ma jednak ograniczoną przestrzeń, a porządek w środku wpływa na codzienny komfort bardziej, niż sądziliśmy.
Zostawiliśmy też trochę wolnego miejsca w szafkach. Początkowo wyglądało to dziwnie, jakbyśmy o czymś zapomnieli. Szybko okazało się bardzo praktyczne. Można schować zakupy, mokrą kurtkę albo pieczywo kupione po drodze, bez układania całej zawartości kampera od nowa.
Nie pakujemy już na wszystkie wersje wyjazdu
Nadal zdarza nam się zabrać coś niepotrzebnego. Czasem wraca nieprzeczytana książka, czasem dodatkowa bluza. Nie próbujemy osiągnąć pakunkowego ideału, bo wyjazdy są różne, a pogoda potrafi zmienić plany.
Po tamtej podróży przestaliśmy jednak pakować się na każdą możliwą wersję rzeczywistości. Jeśli jedziemy na kilka dni, nie potrzebujemy wyposażenia na miesięczną wyprawę. Jeśli planujemy głównie spacery i spokojne postoje, nie zabieramy sprzętu do pięciu innych aktywności.
Najbardziej pamiętamy z tego pierwszego przeładowanego wyjazdu nie brak czegokolwiek, ale ciągłe szukanie. Durszlaka, cukru, kabla, suchej ścierki. Wszystko mieliśmy. Tylko mieliśmy tego tyle, że trudno było z tego normalnie korzystać.
A papierowe talerze wróciły do domu w nienaruszonej paczce.